- Chodź, do domu, zaparzę gorącą herbatę. - powiedziałem cicho, zakładając Ci na ramiona płaszcz, opatulając ciepło i biorąc pod rękę. Odeszliśmy powoli, idąc nadmorską, ledwo widoczną ścieżką. I mogłem tylko się domyślać ile z Twojej duszy zamieniło się w pięknego ptaka w tamtej chwili, i ile odleciało niesione wiatrem...
piątek, 20 października 2017
Nadmorska plaża, morze i cichy zew miłości
Patrzyłem na Ciebie z daleka, jak stałaś na pustej, nadmorskiej plaży. Siedziałem oparty o powykrzywianą przez wiatr sosnę, plecami dotykając szorstkiej, jasnej kory. Była wczesna wiosna, a porywiste wiatry zapowiadały nadchodzący nieubłaganie sztorm. Patrzyłaś swoimi oczami na nadchodzące, spienione fale, które uderzały o brzeg. W tych dwóch pięknych zwierciadłach Twojej delikatnej duszyczki widać było odbicie morza które zlewało się w jedną całość wraz z nimi. Ściągnęłaś wcześniej swój ciepły płaszcz, który teraz trzymałem w dłoniach, i patrzyłem jak stoisz w sukience, białej niczym gęstniejąca piana morska, targanej przez ciepły wiatr. Obok Twoich bosych stóp przeleciało parę porwanych przez wiatr zeszłorocznych liści, ulatując w dal. Patrzyłem jak porywisty wiatr głaszcze Cię, rozwiewając delikatne, jasne włosy. Sukienka przypominała teraz wzburzone morskie fale, opasające Twoje ciało. Zastanawiałem się o czym wtedy myślisz, wpatrzona gdzieś daleko, szukając czegoś na horyzoncie. Wstałem po chwili, i podszedłem do Ciebie po cichu, idąc śladem Twoich bosych stóp na wilgotnym piasku. Patrzyłaś na lecącą mewę, która ledwo dawała radę przeciwstawiać się szalonemu żywiołowi. Gdy wydała z siebie krzyk, pełen tęsknoty i żalu, odezwałem się do Ciebie cicho, przestraszony, wiedząc że razem z mewą odlatuje gdzieś daleko Twoja dusza i myśli, i bojąc się że zaraz sama zamienisz się w małego, dzikiego ptaka i podążysz za nią.
Veiller. - Bądź mi ptakiem
Puste brązowe oczy patrzą w dal
Gdy znika w nich ostatni promień słońca
Na horyzoncie ostatniej łuny blask
I cichnie ptaków koncert
Nadchodzi noc, dusząc myśli me
Opatula mnie gorącem
Zadaje ból
Słodki, kojący
Depresyjny nurt
Tuli mnie do snu
Przy odgłosie palonych marzeń
Ogrzewam pustą skorupę
Bo nie ma w niej już nic dobrego
Dla Ciebie
Za słaby by żyć
Za silny by odejść
Stoję zawieszony
W próżni emocji
Chciałbym być żywy
Pociągnąć Cię wzwyż
Dać skrzydła dzięki którym odlecisz
Odlecisz i nigdy nie wrócisz...
Gdy znika w nich ostatni promień słońca
Na horyzoncie ostatniej łuny blask
I cichnie ptaków koncert
Nadchodzi noc, dusząc myśli me
Opatula mnie gorącem
Zadaje ból
Słodki, kojący
Depresyjny nurt
Tuli mnie do snu
Przy odgłosie palonych marzeń
Ogrzewam pustą skorupę
Bo nie ma w niej już nic dobrego
Dla Ciebie
Za słaby by żyć
Za silny by odejść
Stoję zawieszony
W próżni emocji
Chciałbym być żywy
Pociągnąć Cię wzwyż
Dać skrzydła dzięki którym odlecisz
Odlecisz i nigdy nie wrócisz...
środa, 18 października 2017
Veiller. - Igła
Czuje się żywy
Ubrany w tysiąc aksamitnych emocji
Brnę wśród stosu ostrych igieł
Nie czując bólu krwawię
Szeroko otwarte oczy
Patrzą na piękniejący świat
A za mną szkarłatne ślady
Gorące popioły spadają z nieba
Lepiąc do moich ran
Smród bólu i cierpienia zniknął
Wypalił grzech aż do niewinności
Choć ciało zbrukane cielesnością
Piętrzy się nad stosami obcych ciał
To dusza ulatuje powoli ku przestworzom
Upuszczając po drodze smoliste łzy
Ubrany w tysiąc aksamitnych emocji
Brnę wśród stosu ostrych igieł
Nie czując bólu krwawię
Szeroko otwarte oczy
Patrzą na piękniejący świat
A za mną szkarłatne ślady
Gorące popioły spadają z nieba
Lepiąc do moich ran
Smród bólu i cierpienia zniknął
Wypalił grzech aż do niewinności
Choć ciało zbrukane cielesnością
Piętrzy się nad stosami obcych ciał
To dusza ulatuje powoli ku przestworzom
Upuszczając po drodze smoliste łzy
środa, 11 października 2017
Rozpadam się
Powoli kawałek po kawałku
Rdzewieją moje wspomnienia
Niszczeją i rozsypują w proch
Zlewają w bezkształtną masę
Krwistej brei
Wielka mieszanina uczuć
Bez początku i końca
Jak dobrze jednak
Że nie wszystkie wykute
Z twardego i zimnego żelaza
Część jest ze złota
Część ze srebra
Inne odlane z miedzi
Głęboko w sercu
Złoto Twoich włosów
Rozświetla moje marzenia
Są jak gwiazdy w najciemniejszą noc
Powoli kawałek po kawałku
Rdzewieją moje wspomnienia
Niszczeją i rozsypują w proch
Zlewają w bezkształtną masę
Krwistej brei
Wielka mieszanina uczuć
Bez początku i końca
Jak dobrze jednak
Że nie wszystkie wykute
Z twardego i zimnego żelaza
Część jest ze złota
Część ze srebra
Inne odlane z miedzi
Głęboko w sercu
Złoto Twoich włosów
Rozświetla moje marzenia
Są jak gwiazdy w najciemniejszą noc
piątek, 18 sierpnia 2017
Veiller. - " "
Powiedz mi
Jak zniknąć kompletnie?
Ukryć się przed całym światem
I wymazać się nawet z ludzkiej pamięci?
Jak pozbyć się zamazanej szyby wspomnień
Przez którą oglądam wciąż świat?
Chciałbym się rozpłynąć
Nie sprawiając nikomu bólu i przykrości
Zniknąć - tak po cichu
Aby nikt nie zauważył
Pozbyć się wstydu i poczucia winy
Wszystkich wspomnień które ciągną na dno
Bo pamiętam już tylko to co było złe
Wymazując z pamięci te parę miłych chwil
Zostało ich już niewiele
Kilka uśmiechów, delikatne dłonie
Spacer w parku
Jedyne wspomnienia o których chcę pamiętać
A pamiętam już tylko to
I tysiąc porażek i każde złe słowo
Jeżeli wspomnienia mają umrzeć wraz ze mną
To dobrze
Bo żyję już tylko wspomnieniami
czwartek, 27 lipca 2017
Veiller. - Deszcz
Miałem sen
Że pokochałem szczenięcą miłością
Oczy martwej dziewczyny
Martwe i zamglone
Zupełnie jak moje
Oddychałem deszczem
Zmieszanym ze łzami
Gdy zza kurtyny wody
Patrzyłem na ciebie
Wtuloną w śmierć
Jak schodziłaś
Sześć stóp pod ziemię
Wiedziałem że chciałaś
Popatrzeć na mnie
Spojrzeć w moje smutne oczy
Wyszeptać "Przepraszam..."
Lecz gardło opasał ci
Siny naszyjnik
Od pętli sznura
Czekałem tyle czasu na Ciebie
Szukałem wśród obcych twarzy
Wiedząc że jesteś daleko
A spotkałem cię w najmniej oczekiwanym miejscu
Na cmentarzu
Że pokochałem szczenięcą miłością
Oczy martwej dziewczyny
Martwe i zamglone
Zupełnie jak moje
Oddychałem deszczem
Zmieszanym ze łzami
Gdy zza kurtyny wody
Patrzyłem na ciebie
Wtuloną w śmierć
Jak schodziłaś
Sześć stóp pod ziemię
Wiedziałem że chciałaś
Popatrzeć na mnie
Spojrzeć w moje smutne oczy
Wyszeptać "Przepraszam..."
Lecz gardło opasał ci
Siny naszyjnik
Od pętli sznura
Czekałem tyle czasu na Ciebie
Szukałem wśród obcych twarzy
Wiedząc że jesteś daleko
A spotkałem cię w najmniej oczekiwanym miejscu
Na cmentarzu
środa, 14 czerwca 2017
Veiller. - .
Przechodzę próg atramentowego domu
W zaciszu jego znajdę spokój
Zamykam się w czterech ścianach myśli
Zrzucam ubrania trosk dnia codziennego
Szybki, zimny prysznic ze wspomnień
Wycieram się łzami ze wczoraj...
Kładę się do łóżka szybko
Okrywam się kocem smutku
I opuszczam znużone zasłony oczu
Sny dziś mają kolor szarości
Gdzie blade niebo pokrywają białe chmury
Zachodzi ponure słońce
Tam skąd dochodzi głos moich myśli
Stopniała moja niewinność
Mój brak pohamowania
Moje dobro i spokój
Wyparowały jak woda
W ognistym piekle rzeczywistości
Co zostało?
Pusta skorupa
Zamieszkała przez zło i nienawiść
Do wszystkiego...
W zaciszu jego znajdę spokój
Zamykam się w czterech ścianach myśli
Zrzucam ubrania trosk dnia codziennego
Szybki, zimny prysznic ze wspomnień
Wycieram się łzami ze wczoraj...
Kładę się do łóżka szybko
Okrywam się kocem smutku
I opuszczam znużone zasłony oczu
Sny dziś mają kolor szarości
Gdzie blade niebo pokrywają białe chmury
Zachodzi ponure słońce
Tam skąd dochodzi głos moich myśli
Stopniała moja niewinność
Mój brak pohamowania
Moje dobro i spokój
Wyparowały jak woda
W ognistym piekle rzeczywistości
Co zostało?
Pusta skorupa
Zamieszkała przez zło i nienawiść
Do wszystkiego...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
