Stoi na krawędzi
Najsmutniejsza dziewczyna na świecie
Nieoszlifowany diament
Kryjący piękne wnętrze
Lecz widzę to od razu
Diament kryje skazę
Skazę od dawna ukrywaną
I z czasem przez nią zapomnianą
Już od dziecka to wiedziała
Będąc na cierpienia skazana
Choć tak bardzo się starała
Swego szczęścia wciąż szukała
Nie znalazła nic prócz pustki
Pustej butelki wódki
Patrze teraz wprost w jej oczy
Zastanawiam się czy skoczy
Jeśli zechce podam rękę
I zakończę tę udrękę
Chciałem jakoś to powstrzymać
jej cały ból w sobie zatrzymać
By była po prostu szczęśliwa
Najsmutniejsza dziewczyna na świecie...
******
Dla jednej z najwspanialszych osób jakie spotkałem kiedykolwiek... Najlepszej przyjaciółki, siostry we wszystkim prócz krwi. Dziękuje.
piątek, 13 stycznia 2012
Veiller. - Strach
Za każdym razem kiedy w coś wierzę
Przychodzi osoba która zabiera mą wiarę
Niekiedy nie mogę tutaj zostać
Coś każe mi biec, i przed czymś uciekam
Coś goni mnie nie i nie pozwala mi żyć
Kiedy powracam myślami do tego
To boję się nawet spojrzeć w lustro
Bo ujrzę tam tylko cień człowieka którym byłem
Bądź którym mogłem być
Boję się samego siebie, każdej swojej myśli
Bo błądzą w miejscach w których nie powinny
Czuje się jak w klatce - nie mogę się wyrwać, i nie mogę zostać
Umrę w tej klatce próbując się wydostać
Otworzyłem swe serce które umarło
Wykrwawiło się z tysiąca ran
Starych i nowych, płytkich i głębokich
Moje marzenie stało się koszmarem
Słodkim i strasznym zarazem
Który nie daje mi oddychać, nie daje mi żyć
Przychodzi osoba która zabiera mą wiarę
Niekiedy nie mogę tutaj zostać
Coś każe mi biec, i przed czymś uciekam
Coś goni mnie nie i nie pozwala mi żyć
Kiedy powracam myślami do tego
To boję się nawet spojrzeć w lustro
Bo ujrzę tam tylko cień człowieka którym byłem
Bądź którym mogłem być
Boję się samego siebie, każdej swojej myśli
Bo błądzą w miejscach w których nie powinny
Czuje się jak w klatce - nie mogę się wyrwać, i nie mogę zostać
Umrę w tej klatce próbując się wydostać
Otworzyłem swe serce które umarło
Wykrwawiło się z tysiąca ran
Starych i nowych, płytkich i głębokich
Moje marzenie stało się koszmarem
Słodkim i strasznym zarazem
Który nie daje mi oddychać, nie daje mi żyć
wtorek, 9 sierpnia 2011
Book
Niebo było szkarłatne jak krew, wokoło widział wykrzywione czarne drzewa. Leżąc na kamieniach, próbując podnieść swoje bezwładne ciało patrzył na świat zamglonymi oczyma. Chciał wstać lecz rana w boku nie pozwalała mu na to, z każdą próbą podniesienia się ze szczeliny w zbroi wypływało coraz więcej krwi zalewając zimną ziemię. Wydawało mu się że słyszy huki wystrzałów i szczęk oręża. Nagle ujrzał jakąś kobiecą postać w zbroi która podeszła z wolna do niego, oglądając jego ranę. Odwróciła głowę szepcząc coś do postaci wyłaniającej się z cienia. Odwróciła głowę z powrotem i uśmiechnęła się do niego gorzko, ręką zamykając jego oczy. Ostatnią rzeczą którą zobaczył była jej ręka sięgająca powoli po sztylet.
Odgłosy Epok
Nagle obudził go hałas. W drzwiach stanęła Laura, ubrana w długą koszulę nocną.
- Wstawaj śpiochu, zamierzasz tak się wylegiwać do południa? - powiedziała odsłaniając żaluzję. - ja już od ranka jestem na nogach.
- To nie moja wina - rzucił z wyrzutem.
- Chyba za bardzo cię wymęczyłam w nocy - zaśmiała się figlarnie patrząc na niego swoimi brązowymi oczami.
- To nie o to chodzi... - zaczął, ubierając spodnie.
- A więc o co chodzi Veinardzie? - zapytała Laura podchodząc do okna.
Mężczyzna podszedł do niej i objął ją czule.
- Miałem dzisiaj wizję. - powiedział obdarzając ją czułym pocałunkiem w policzek.
Laura lekko drgnęła.
- Pamiętaj że wizje nie różnią się niczym od zwykłych snów, i że to co śnimy zwykle jest nieprawdą.
- Śniło mi się że zginąłem w bitwie. - odrzekł mimo tego.
Milczeli przez chwilę wpatrzeni w wąską uliczkę poniżej, typową dla tego miasta. Śnieżnobiałe kamieniczki wyglądały niczym zaczarowane. Ariena, mimo że jest stolicą, była miastem położonym na obrzeżu państwa. Kilkadziesiąt kilometrów za murami miasta, na zachodzie i południu za pasmem wzgórz rozciągała się pustynia, ostoja uciekinierów, rabusiów i dzikich potworów. Z tego powodu miasto o zmroku nigdy nie było równie bezpieczne jak inne miasta Imperium Fanrota III. Stukot kół jadącego poniżej uliczką wozu z towarami wyciągnął ich z zamyślenia.
- Nie zrobisz mi tego prawda? Nie chce cię tracić. - powiedziała kładąc głowę na jego ramieniu.
Mężczyzna nic nie powiedział, tylko pocałował ją w czoło.
- Pójdę się ubrać i przygotuję coś do jedzenia. Potem idziemy do kowala by odebrać twoje rzeczy.
Kiedy Laura wyszła, ten zaczął rozglądać się po pokoju szukając swoich ubrań. Swoją białą koszulę znalazł na podłodze, czerwony kaftan leżał za drzwiami.
- Cholera, co ja wczoraj musiałem robić... - pomyślał zbierając swoje rzeczy i idąc do łazienki. W łazience większość rzeczy była porozrzucana na ziemi, przekrzywiona półka ledwo wisiała. Ubrał się szybko i zszedł po kręconych dębowych schodach na parter, wchodząc od razu do kuchni.
- Nie martw się łazienką, po powrocie posprzątam ją. - powiedziała nie odwracając Laura kiedy wszedł do kuchni. Ubrała długą czerwoną suknię, i stała boso na posadzce.
- Nie ma potrzeby, ja sam się nią zajmę. - powiedział zirytowany siadając przy stole.
- Przecież będę w przyszłości twoją żoną, pamiętaj o tym. - powiedziała. - Skoro tak nalegasz, a nabroiliśmy razem, to sprzątniemy to we dwoje, dobrze?
- Mhm... - mruknął.
Laura podeszła, podając mu kawę.
- Kawa? Skąd miałaś nasiona? - spytał niedowierzająco.
- Przyjechała pierwsza dostawa do miasta z pól na południu. Trudno zwykle jest dostać kawę przez pierwszy miesiąc zbiorów ale mi się udało.
- Ale jakim cudem? - odrzekł, mieszając kawę.
- Ma się te znajomości. - uśmiechnęła się. - Kupiłam też banany, pomarańcze, puelo* i ziemniaki.
Po chwili zasiedli razem, pijąc kawę i jedząc grzanki przygotowane przez Veinarda. Po śniadaniu wyszli z domu, idąc ulicą Hozellhoffa** przeszli obok kościoła Bojaźni Bożej, najstarszego czynnego kościoła w państwie.
- Od początku wojny większość kościołów zamknięto. - powiedział oglądając piękne witraże, przedstawiające świętych, walczących ze smokami, jednorożce, jeźdźców na epigonach***, gryfy i inne stworzenia, wplątane w wątki roślinne, lub chwalące Boga - Stwórcę.
- Dlatego że ludzie nie mieli czasu się modlić. A poza tym część księży należała do zakonów, które poszły na wojnę. - odrzekła.
Minęli kościół i kilka ulic, i doszli do kuźni, w której miał odebrać swój rynsztunek.
- Mam iść z tobą czy poczekać? - spytała.
- Nie, po drugiej stronie jest kawiarnia, usiądziesz tam i poczekasz na mnie?
- Dobrze, ale najpierw załatwię też coś u krawcowej. - powiedziała.
- Krawcowej? A co takiego? - odpowiedział zaciekawiony Veinard.
- Zobaczysz po swoim powrocie z wojska. - ucałowała go i odeszła szybkim krokiem.
W kuźni było tylko jedno duże okno, nie licząc małych okienek u góry, w ścianach wmontowane były tylko lampy naftowe, przez co panował tutaj wiecznie mrok.
- Jest tu kto? - Echo rozbrzmiało donośnie po wielkich salach
- Witaj Veindard! - krzyknął ktoś z głębi kuźni. - Miło że przyszedłeś osobiście. Zwykle to przysyłają jakiś pachołków którzy nawet nie mają pojęcia o transporcie broni i zbroi, rzucają niekiedy ją na wozy jak siano. Rozumiem że jest wojna ale po cóż ten pośpiech?
- No ja też się cieszę Casper że cię widzę. Dawno się nie widzieliśmy - powiedział podając dłoń kowalowi w przyjacielskim uścisku.
- Chyba od czasu jak zostałeś ranny?
- Tak... 4 miesiące temu. Kiedy wyleczyli mnie, wróciłem tutaj i naprawiałem sprzęt dla wojska. Ci z górnej półki nie płacą wiele, ale za niektóre ich zlecenia można by było wyżywić się przez cały rok. - Kowal wyciągnął butelkę wody i zaczął z niej pić. - Ostatnio jeden z dworu zażyczył sobie aby jego tarcza była pokryta diamentem. Diamentem! Chciał mi zapłacić krocie ale aby zdobyć taką ilość surowca do jej wyrobu trzeba by było czekać ładne parę lat. Więc mu grzecznie odmówiłem, i poleciłem mu innego kowala w tym mieście. Nieźle się wkurzył, i odjechał na swoim białym rumaku z eskortą trzydziestu ludzi. Ludzie w dzisiejszych czasach są dziwni, niektórzy głodują a ci wydają pieniądze na takie głupstwa.
- To prawda... - popatrzył na ulicę. - Miałeś jakieś problemy z moimi rzeczami?
- Lekkie ale miałem. Z powodu dużej ilości ciosów złote obramowania tarczy popękały, istniało ryzyko że dostanie się tam woda i tarcza zacznie rdzewieć, dlatego złoto zamieniłem na złotą stal****, trudno ją było zdobyć ale się opłacało.
- A wgniecenia w hełmie?
- Nie było większych problemów. Za to musiałem wymienić połowę twojej rusznicy. - powiedział dotykając palcami lufy karabinu opartego o ścianę.
- Czemu? - spytał. - Działała sprawnie i bez zarzutów.
- Tak, ale z powodu częstego używania zaczęła pękać od wewnątrz w kilku miejscach. Zauważyłem to dopiero kiedy ją rozkręciłem aby ją przeczyścić. Dlatego wymieniłem te elementy. Tarcze przemalowałem na kolory państwowe, i dodałem kilka szpikulców tak jak prosiłeś. Miecz naostrzyłem, wzmocniłem też rękojeść.
- Świetnie, tego mi trzeba było. - zaczął wyciągać sakiewkę z pieniędzmi - A o to zapłata za wykonaną pracę mój drogi przyjacielu.
- Dasz mi te pieniądze kiedy wrócisz, wtedy dowiem się czy ta praca tyle kosztowała. - powiedział. - Lepiej zamiast martwić się pieniędzmi powiedz co u ciebie?
- Laura przyjęła moje oświadczyny kilka dni temu - odparł sucho.
- Ta Laura? Nie wierzę! Mówiłeś o niej jeszcze kilka miesięcy temu, ale myślałem że to tylko przelotne zauroczenie albo jednorazowa przygoda. A teraz wróciłeś i od razu zabrałeś się do roboty!
- Trzeba widzisz kuć żelazo póki gorące. - zażartował. - Ty tego nie robiłeś i co? Nadal samotny siedzisz i kujesz swoje żelastwa.
- Nie musisz być aż tak uszczypliwy. Bo widzisz ja wolałem się nie wiązać z nikim na stałe, kiedy byłem w wojsku. Nie chciałem aby ta osoba żałowała mojej straty.
Veinard posmutniał nagle.
- Ale ciebie to jakoś nie dotyczy, zwłaszcza po tym co usłyszałem o twoich zwiadach na terenach wroga i jak w siedmioro ludzi podeszliście aż pod ich stolicę. - kontynuował podekscytowany kowal.
- Może i tak, ale straciłem wtedy pięć osób, wróciłem tylko ja i mój ojciec, i to na jednym koniu. - odpowiedział. - Ta wojna trwa zbyt długo.
- To prawda - westchnął. - Trwa o dwadzieścia lat za długo. Ale co poradzimy? Ziemi jest zbyt mało dla nas wszystkich. Masz jakiś wóz aby to przewieść do swojego domu? W rękach chyba nie będziesz tego niósł. - zaśmiał się.
- Za godzinę ma przyjechać ktoś od mojego ojca, u nas w domu nie ma za bardzo miejsca na cały ten ekwipunek.
- A właśnie, co u ojca? - spytał.
- Został na froncie, uważał że nie ma do czego wracać na razie i że na kolejnej przepustce wrócimy od razu we dwójkę. - popatrzył na zegarek. - Za chwilę będę musiał iść.
Rozmawiali jeszcze kilka minut po czym Veinard opuścił kuźnie, żegnając starego znajomego. Udał się prosto do kawiarni, gdzie z Laurą zjedli coś ciepłego po czym spacerowali rozmawiając kilka godzin po ciasnych uliczkach Arieny rozkoszując się swoją obecnością. Usiedli na murach miasta, siedząc dłuższy czas w milczeniu i oglądając zachód słońca. Po jakimś czasie Laura się odezwała:
- To już za trzy dni? - spytała.
- Tak niestety to już za trzy dni. - odparł. - Za trzy dni będzie wymarsz.
- Boję się o ciebie... - powiedziała cicho.
- Nie masz się czego bać, ty będziesz bezpiecznie czekać na mój powrót. - odparł troskliwie.
Słońce już prawie zaszło, większość ludzi zaczęła już wracać do domów kiedy dobiegł jego uszu cichy szept ukochanej wtulonej w jego ramię.
- Pojadę z tobą.
Przypisy
* puelo - są to owoce rośliny o tej samej nazwie, w smaku podobne do owocu papai, miąższ znajduje się wokół małych nasion (podobnie jak w granatach), skórka jest gruba, jasnopomarańczowa
** Hozellhoff Taddlestorm - Znany pisarz, pisał głównie poezje miłosną, na ulicy jego imienia mieszka Veinard wraz z Laurą.
*** epigon - gatunek koni, są o wiele większe i masywniejsze od zwykłych koni, dodatkowo są wszystkożerne, potrafią polować. Dziko nie występują już obecnie ponieważ były tępione z powodu swojej drapieżności.
**** Złotą stalą nazywa się stal którą wydobywa się w okolicy Rueonu, na dalekiej północy.
Rozdział Pierwszy
Odgłosy Epok
Nagle obudził go hałas. W drzwiach stanęła Laura, ubrana w długą koszulę nocną.
- Wstawaj śpiochu, zamierzasz tak się wylegiwać do południa? - powiedziała odsłaniając żaluzję. - ja już od ranka jestem na nogach.
- To nie moja wina - rzucił z wyrzutem.
- Chyba za bardzo cię wymęczyłam w nocy - zaśmiała się figlarnie patrząc na niego swoimi brązowymi oczami.
- To nie o to chodzi... - zaczął, ubierając spodnie.
- A więc o co chodzi Veinardzie? - zapytała Laura podchodząc do okna.
Mężczyzna podszedł do niej i objął ją czule.
- Miałem dzisiaj wizję. - powiedział obdarzając ją czułym pocałunkiem w policzek.
Laura lekko drgnęła.
- Pamiętaj że wizje nie różnią się niczym od zwykłych snów, i że to co śnimy zwykle jest nieprawdą.
- Śniło mi się że zginąłem w bitwie. - odrzekł mimo tego.
Milczeli przez chwilę wpatrzeni w wąską uliczkę poniżej, typową dla tego miasta. Śnieżnobiałe kamieniczki wyglądały niczym zaczarowane. Ariena, mimo że jest stolicą, była miastem położonym na obrzeżu państwa. Kilkadziesiąt kilometrów za murami miasta, na zachodzie i południu za pasmem wzgórz rozciągała się pustynia, ostoja uciekinierów, rabusiów i dzikich potworów. Z tego powodu miasto o zmroku nigdy nie było równie bezpieczne jak inne miasta Imperium Fanrota III. Stukot kół jadącego poniżej uliczką wozu z towarami wyciągnął ich z zamyślenia.
- Nie zrobisz mi tego prawda? Nie chce cię tracić. - powiedziała kładąc głowę na jego ramieniu.
Mężczyzna nic nie powiedział, tylko pocałował ją w czoło.
- Pójdę się ubrać i przygotuję coś do jedzenia. Potem idziemy do kowala by odebrać twoje rzeczy.
Kiedy Laura wyszła, ten zaczął rozglądać się po pokoju szukając swoich ubrań. Swoją białą koszulę znalazł na podłodze, czerwony kaftan leżał za drzwiami.
- Cholera, co ja wczoraj musiałem robić... - pomyślał zbierając swoje rzeczy i idąc do łazienki. W łazience większość rzeczy była porozrzucana na ziemi, przekrzywiona półka ledwo wisiała. Ubrał się szybko i zszedł po kręconych dębowych schodach na parter, wchodząc od razu do kuchni.
- Nie martw się łazienką, po powrocie posprzątam ją. - powiedziała nie odwracając Laura kiedy wszedł do kuchni. Ubrała długą czerwoną suknię, i stała boso na posadzce.
- Nie ma potrzeby, ja sam się nią zajmę. - powiedział zirytowany siadając przy stole.
- Przecież będę w przyszłości twoją żoną, pamiętaj o tym. - powiedziała. - Skoro tak nalegasz, a nabroiliśmy razem, to sprzątniemy to we dwoje, dobrze?
- Mhm... - mruknął.
Laura podeszła, podając mu kawę.
- Kawa? Skąd miałaś nasiona? - spytał niedowierzająco.
- Przyjechała pierwsza dostawa do miasta z pól na południu. Trudno zwykle jest dostać kawę przez pierwszy miesiąc zbiorów ale mi się udało.
- Ale jakim cudem? - odrzekł, mieszając kawę.
- Ma się te znajomości. - uśmiechnęła się. - Kupiłam też banany, pomarańcze, puelo* i ziemniaki.
Po chwili zasiedli razem, pijąc kawę i jedząc grzanki przygotowane przez Veinarda. Po śniadaniu wyszli z domu, idąc ulicą Hozellhoffa** przeszli obok kościoła Bojaźni Bożej, najstarszego czynnego kościoła w państwie.
- Od początku wojny większość kościołów zamknięto. - powiedział oglądając piękne witraże, przedstawiające świętych, walczących ze smokami, jednorożce, jeźdźców na epigonach***, gryfy i inne stworzenia, wplątane w wątki roślinne, lub chwalące Boga - Stwórcę.
- Dlatego że ludzie nie mieli czasu się modlić. A poza tym część księży należała do zakonów, które poszły na wojnę. - odrzekła.
Minęli kościół i kilka ulic, i doszli do kuźni, w której miał odebrać swój rynsztunek.
- Mam iść z tobą czy poczekać? - spytała.
- Nie, po drugiej stronie jest kawiarnia, usiądziesz tam i poczekasz na mnie?
- Dobrze, ale najpierw załatwię też coś u krawcowej. - powiedziała.
- Krawcowej? A co takiego? - odpowiedział zaciekawiony Veinard.
- Zobaczysz po swoim powrocie z wojska. - ucałowała go i odeszła szybkim krokiem.
W kuźni było tylko jedno duże okno, nie licząc małych okienek u góry, w ścianach wmontowane były tylko lampy naftowe, przez co panował tutaj wiecznie mrok.
- Jest tu kto? - Echo rozbrzmiało donośnie po wielkich salach
- Witaj Veindard! - krzyknął ktoś z głębi kuźni. - Miło że przyszedłeś osobiście. Zwykle to przysyłają jakiś pachołków którzy nawet nie mają pojęcia o transporcie broni i zbroi, rzucają niekiedy ją na wozy jak siano. Rozumiem że jest wojna ale po cóż ten pośpiech?
- No ja też się cieszę Casper że cię widzę. Dawno się nie widzieliśmy - powiedział podając dłoń kowalowi w przyjacielskim uścisku.
- Chyba od czasu jak zostałeś ranny?
- Tak... 4 miesiące temu. Kiedy wyleczyli mnie, wróciłem tutaj i naprawiałem sprzęt dla wojska. Ci z górnej półki nie płacą wiele, ale za niektóre ich zlecenia można by było wyżywić się przez cały rok. - Kowal wyciągnął butelkę wody i zaczął z niej pić. - Ostatnio jeden z dworu zażyczył sobie aby jego tarcza była pokryta diamentem. Diamentem! Chciał mi zapłacić krocie ale aby zdobyć taką ilość surowca do jej wyrobu trzeba by było czekać ładne parę lat. Więc mu grzecznie odmówiłem, i poleciłem mu innego kowala w tym mieście. Nieźle się wkurzył, i odjechał na swoim białym rumaku z eskortą trzydziestu ludzi. Ludzie w dzisiejszych czasach są dziwni, niektórzy głodują a ci wydają pieniądze na takie głupstwa.
- To prawda... - popatrzył na ulicę. - Miałeś jakieś problemy z moimi rzeczami?
- Lekkie ale miałem. Z powodu dużej ilości ciosów złote obramowania tarczy popękały, istniało ryzyko że dostanie się tam woda i tarcza zacznie rdzewieć, dlatego złoto zamieniłem na złotą stal****, trudno ją było zdobyć ale się opłacało.
- A wgniecenia w hełmie?
- Nie było większych problemów. Za to musiałem wymienić połowę twojej rusznicy. - powiedział dotykając palcami lufy karabinu opartego o ścianę.
- Czemu? - spytał. - Działała sprawnie i bez zarzutów.
- Tak, ale z powodu częstego używania zaczęła pękać od wewnątrz w kilku miejscach. Zauważyłem to dopiero kiedy ją rozkręciłem aby ją przeczyścić. Dlatego wymieniłem te elementy. Tarcze przemalowałem na kolory państwowe, i dodałem kilka szpikulców tak jak prosiłeś. Miecz naostrzyłem, wzmocniłem też rękojeść.
- Świetnie, tego mi trzeba było. - zaczął wyciągać sakiewkę z pieniędzmi - A o to zapłata za wykonaną pracę mój drogi przyjacielu.
- Dasz mi te pieniądze kiedy wrócisz, wtedy dowiem się czy ta praca tyle kosztowała. - powiedział. - Lepiej zamiast martwić się pieniędzmi powiedz co u ciebie?
- Laura przyjęła moje oświadczyny kilka dni temu - odparł sucho.
- Ta Laura? Nie wierzę! Mówiłeś o niej jeszcze kilka miesięcy temu, ale myślałem że to tylko przelotne zauroczenie albo jednorazowa przygoda. A teraz wróciłeś i od razu zabrałeś się do roboty!
- Trzeba widzisz kuć żelazo póki gorące. - zażartował. - Ty tego nie robiłeś i co? Nadal samotny siedzisz i kujesz swoje żelastwa.
- Nie musisz być aż tak uszczypliwy. Bo widzisz ja wolałem się nie wiązać z nikim na stałe, kiedy byłem w wojsku. Nie chciałem aby ta osoba żałowała mojej straty.
Veinard posmutniał nagle.
- Ale ciebie to jakoś nie dotyczy, zwłaszcza po tym co usłyszałem o twoich zwiadach na terenach wroga i jak w siedmioro ludzi podeszliście aż pod ich stolicę. - kontynuował podekscytowany kowal.
- Może i tak, ale straciłem wtedy pięć osób, wróciłem tylko ja i mój ojciec, i to na jednym koniu. - odpowiedział. - Ta wojna trwa zbyt długo.
- To prawda - westchnął. - Trwa o dwadzieścia lat za długo. Ale co poradzimy? Ziemi jest zbyt mało dla nas wszystkich. Masz jakiś wóz aby to przewieść do swojego domu? W rękach chyba nie będziesz tego niósł. - zaśmiał się.
- Za godzinę ma przyjechać ktoś od mojego ojca, u nas w domu nie ma za bardzo miejsca na cały ten ekwipunek.
- A właśnie, co u ojca? - spytał.
- Został na froncie, uważał że nie ma do czego wracać na razie i że na kolejnej przepustce wrócimy od razu we dwójkę. - popatrzył na zegarek. - Za chwilę będę musiał iść.
Rozmawiali jeszcze kilka minut po czym Veinard opuścił kuźnie, żegnając starego znajomego. Udał się prosto do kawiarni, gdzie z Laurą zjedli coś ciepłego po czym spacerowali rozmawiając kilka godzin po ciasnych uliczkach Arieny rozkoszując się swoją obecnością. Usiedli na murach miasta, siedząc dłuższy czas w milczeniu i oglądając zachód słońca. Po jakimś czasie Laura się odezwała:
- To już za trzy dni? - spytała.
- Tak niestety to już za trzy dni. - odparł. - Za trzy dni będzie wymarsz.
- Boję się o ciebie... - powiedziała cicho.
- Nie masz się czego bać, ty będziesz bezpiecznie czekać na mój powrót. - odparł troskliwie.
Słońce już prawie zaszło, większość ludzi zaczęła już wracać do domów kiedy dobiegł jego uszu cichy szept ukochanej wtulonej w jego ramię.
- Pojadę z tobą.
Przypisy
* puelo - są to owoce rośliny o tej samej nazwie, w smaku podobne do owocu papai, miąższ znajduje się wokół małych nasion (podobnie jak w granatach), skórka jest gruba, jasnopomarańczowa
** Hozellhoff Taddlestorm - Znany pisarz, pisał głównie poezje miłosną, na ulicy jego imienia mieszka Veinard wraz z Laurą.
*** epigon - gatunek koni, są o wiele większe i masywniejsze od zwykłych koni, dodatkowo są wszystkożerne, potrafią polować. Dziko nie występują już obecnie ponieważ były tępione z powodu swojej drapieżności.
**** Złotą stalą nazywa się stal którą wydobywa się w okolicy Rueonu, na dalekiej północy.
Veiller. - Samotna Gwiazda
Samotna łza jak spadająca gwiazda przecina niebo policzka nocą.
Lecz zamiast dawać nadzieję, przekreśla ją raz na zawsze
pozostawiając słone smugi za sobą
Spada płonąc smutkiem, rozbija się o dłoń na tysiące drobin
A od przybysza z Niebios różni się tym
Że nie pozostawia śladu na ziemi
Lecz zamiast dawać nadzieję, przekreśla ją raz na zawsze
pozostawiając słone smugi za sobą
Spada płonąc smutkiem, rozbija się o dłoń na tysiące drobin
A od przybysza z Niebios różni się tym
Że nie pozostawia śladu na ziemi
lecz na duszy.
Początek Końca
Kartki butwieją, kości rozsypują się w proch, mury kruszeją, imperia upadają.
Wszystko przemija prędzej czy później, świat się zmienia.
Wszystko przemija prędzej czy później, świat się zmienia.
Dlatego postanowiłem drogi Czytelniku zacząć spisywać swoje myśli, krok po kroku, aby wszystko co znajduje się w mojej głowie nie przeminęło, nie rozsypało się w proch po którym kroczymy, aby każde moje słowo zapisane na kartkach papieru ulotnym atramentem nie zmarnowało się i stało się moją Vendettą na świecie. Pomnikiem, pewnie małym, który utrwalę w pamięci osób które przeczytają chociaż kilka zdań z moich zapisów. Lecz jeśli czytając wczujesz się w tekst, poznasz mnie lepiej niż jakakolwiek inna osoba, wejdziesz do mojego umysłu.
Tak jak wszystko, również i natchnienie minęło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
