A co jeżeli znikniesz?
Rozpłyniesz w powietrzu jak mgła
Znikniesz, nie odezwiesz
Nigdy nie ujrzę Cię już?
Co, jeżeli powiesz
"Żegnaj"
Pewnego zimowego wieczora
Czy moje serce wytrzyma?
I odjedziesz daleko
Gdzieś na koniec świata
Przestaniesz słyszeć
Słowa z moich ust?
Czy wpatrując się w księżyc
Rozjaśniony pełnią blasku
(Nad naszym niebem, pamiętasz?)
Pomyślisz choć raz o mnie?
Gdy w końcu odejdziesz
Ze swoimi myślami
Chcę byś w spokoju o mnie zapomniała
Bym nie mącił spokoju duszy Twojej
Gdy zgasisz trzepotem skrzydeł
Ostatnią iskierkę nadziei
Chcę byś uleciała wolna i czysta
Moja śnieżnobiała gołębica...
wtorek, 5 grudnia 2017
4
Cztery ściany
Podłoga i sufit
Świadkiem świeca
I każda z żarówek
Żeś Ty mi światłem
I że to dla Ciebie piszę
W noce bezsenne kochana
Tworzę słowem pisanym światy
I umieram przed świtem dla Ciebie
Usycham z tęsknoty wielkiej i ciężkiej
Nie mogąc doczekać się powrotu Ciebie
Podłoga i sufit
Świadkiem świeca
I każda z żarówek
Żeś Ty mi światłem
I że to dla Ciebie piszę
W noce bezsenne kochana
Tworzę słowem pisanym światy
I umieram przed świtem dla Ciebie
Usycham z tęsknoty wielkiej i ciężkiej
Nie mogąc doczekać się powrotu Ciebie
The Wayfayer
Jestem tułaczem
Proszącym o schronienie
W cieple ramion Twych
I przy Twoim boku
Jestem bezdomny
Szukam swego domu
Szukam ostoi oczu mych
Znalazłem ją w Twoich
Zziębnięty siedząc
Na krawężniku
Ogrzewam się kocem
Myśli Twych
Bezsenne noce
Wypełnione czernią
Zamieniłem w sny
O Tobie
I wiem o tym
Że dużo coś tu Ciebie
I trochę mało mnie
Ale jesteś całym światem
Proszącym o schronienie
W cieple ramion Twych
I przy Twoim boku
Jestem bezdomny
Szukam swego domu
Szukam ostoi oczu mych
Znalazłem ją w Twoich
Zziębnięty siedząc
Na krawężniku
Ogrzewam się kocem
Myśli Twych
Bezsenne noce
Wypełnione czernią
Zamieniłem w sny
O Tobie
I wiem o tym
Że dużo coś tu Ciebie
I trochę mało mnie
Ale jesteś całym światem
poniedziałek, 4 grudnia 2017
Zimno
Świat zamarł pod opadającym śniegiem
Wraz z opadającym poniżej zera Celsjuszem
Umierał wraz ze wschodzącym Syriuszem
I z niebiańskim księżycowym biegiem
A w moim domu rozlewa się ciepło
W miękkim sercu płonie ognisty żar
Los podarował mi w końcu obiecany dar
By dotrzeć tutaj, przeszedłem piekło
Wraz z opadającym poniżej zera Celsjuszem
Umierał wraz ze wschodzącym Syriuszem
I z niebiańskim księżycowym biegiem
A w moim domu rozlewa się ciepło
W miękkim sercu płonie ognisty żar
Los podarował mi w końcu obiecany dar
By dotrzeć tutaj, przeszedłem piekło
niedziela, 3 grudnia 2017
Ocean
Stali nad szumiącym oceanem, a żadne nie chciało wykonać tego pierwszego kroku, żadne z nich nie chciało ruszyć się z miejsca, wpatrując się w ocean i udając że chłód nadchodzący wraz z każdą morską falą im nie przeszkadza. Wiatr śpiewał im wśród niedalekich powykrzywianych drzew, błądząc między rozczapierzonymi gałęziami sosen i buszował wśród wątłych nadmorskich traw, kołyszących się wraz z oddechem zimnego morza. Trawy wyglądały jak drugie morze, delikatnymi brązami i uschniętymi żółciami falowało, wśród traw czasem zapodział się porwany wiatrem kolorowy liść, który w ferworze uniesień płynął w powietrzu równie zapamiętale jak mewa lub inny morski ptak. Oboje wiedzieli że nić relacji która łączy ich od zawsze jest, i zawsze gdzieś będzie - a on był pewny że nic nie będzie potrafiło jej zerwać, walka z nią przysporzyła mu jedynie cierpienia i bólu, gdy próbując ją zerwać plątał się w niej i wżynała się w jego ciało zostawiając blizny. Nawet usilne starania innych ludzi, czasem oddanych sprawie, nie pozwoliły usunąć nici, którą w jednej chwili próbował przeciąć, gryząc zaciekle, w następnym momencie delikatnie głaskając gdy nikt nie patrzył, wiedząc że jak Tezeusz, po śladzie z nici odnajdzie swoją ukochaną kiedyś, która gdzieś tam w sercu i w pamięci nadal trzymała ten kłębek, kłębek nici dzięki któremu on zawsze mógł Ją znaleźć, gdyby tylko podążył za nim, a Ona przestała mu uciekać. Lecz uciekała długo, całymi latami, oddalała, sama raniła się tą stalową nicią zależności, żałując że musiała rozwinąć kiedyś kłębek.
W końcu on zaczął zwijać kłębek, delikatnie, każdego dnia, krocząc śladami miejsc w których byli, zwijając delikatną, a jakże niekiedy mocną nić, oplątującą drzewa w parku, kamienne, wyniosłe mury zamkowe, zahaczając o szary most, zielone szumiące drzewa, przechodząc przez bielone wapnem płoty i uliczne latarnie, aż w końcu widział że nić leci prosto, prosto do jednego miejsca, w którym w końcu dostrzegł Ją, wpatrzoną w swojej samotni w przyszłość, niespokojna i zmęczona wszystkim co ją spotykało od lat. Czerń i otchłań pochłaniała ją, na zmianę z okresami szaleńczej ekstazy, w czasie to której nieustannie wzlatywała i upadała na samo dno. Ale stała. Stała mimo piekła w głowie, smutku w oczach i dziesiątek białych blizn. Stała na przekór światu, żywa, tęskniąca za stałością i bezpieczną przystanią. W poszukiwaniu jej znalazł Ją kiedy ta, ruszyła nad morze, chcąc odnaleźć sens w tym wszystkim, chcąc zamieszkać w samotnej latarni morskiej, górującej nad okolicą. Zamknąć się w niej i odciąć od świata.
W takim stanie zastał Ją, i mimo łączącej ich nici porozumienia, wciąż wyczuwał przepaść i odgrodzenie. Jednego dnia stali bliżej, bliziutko, drugiego dnia nadciągające fale oceanu rozdzielały ich na chwilę, a przypływ opływał Jej stopy, nogi, aż w końcu pływała na powierzchni wody, bez trudu, gdy On szamotał się próbując utrzymać na powierzchni i nie dać znać jak bardzo się boi. I następnego dnia znów stali, on w swoim miejscu, Ona odrobinkę dalej. I w końcu on podszedł i dotknął Jej, dotknął małego serduszka i duszy, a potem znów odszedł, rozwijając delikatnie metr sznurka. I tak każdego dnia, zwijał i rozwijał go. Aż Ona zaczęła czekać z utęsknieniem aż on zacznie zwijać kłębek każdego dnia, i czekała jego dotyku. Dla niepoznaki, każdego dnia zwijała sama delikatnie sznurek, milimetr po milimetrze, tak aby mógł krócej zwijać nić i być szybciej i dłużej przy Niej.
Mijały dni, a dystans między nimi z metra, zamienił się już w pół. A on nadal nie zauważył różnicy, tak delikatne to były zmiany. I tak jak w "Kamizelce", zarówno chory jak i wierna żona dbali o to aby jedno się nie martwiło i drugie. I on sam za każdym razem, tęsknie rozwijał swoją partię sznurka, lecz robił to za każdym razem krócej.
Stali w końcu obok siebie, oboje milczeli. Każde wpatrzone gdzieś daleko, w ocean, w przyszłość, w lecące po niebie mewy, fale rozbijające się o skały czy też wpatrzeni w daleki statek na horyzoncie, świecący swoimi białymi jak śnieg żaglami. Jedno myślało o drugim a zarazem nie myślało, kochało cicho i bezszelestnie. Jedno czekało na drugie aż zrobi pierwszy krok, bojąc się konsekwencji.
W końcu któregoś dnia dystans stał się tak nikły że jego palce trzymały centymetrowej długości kawałek nici, i stali tak niemal się obejmując.
Ich ręce mechanicznie splotły się, niczym zatrzask który został od początku dopasowany do drugiego elementu, ciała przywarły do siebie, a palce jego puściły nić, która złączyła się ostatecznie z kłębkiem wystającym teraz z Jej kieszeni. Gdy spletli się w objęciu, tym razem wpatrzeni w swoje oczy, a nie gdzieś w dal, wypadł z Jej kieszeni ten wielki kłębek, który zaczął się rozwijać, oplątując zarówno Jej jak i Jego bijące szybko serce, następnie łącząc ich splecione dłonie, drżące nogi, kochające ciała i w końcu owiane wiatrem twarze i usta, związane w niewinnym pocałunku.
Zamieszkali nieopodal, w małej chatce nad morzem, on został rybakiem, Ona została krawcową i poetką, żyli skromnie lecz mieli siebie i żadne z przeciwności losu ich już nie rozdzieliły. On z nici która ciągle ich łączyła plótł sieci do połowu, Ona - wplatała je niekiedy w szale, i suknie które szyła, i dodawała do tomików wierszy które ufnie wysyłała w świat, marząc o tym aż ktoś je wyda.
Nikt kto je czytał nie wiedział kim była Ona ani jej Mistrz.
Znali tylko Jej imię - Małgorzata.
W końcu on zaczął zwijać kłębek, delikatnie, każdego dnia, krocząc śladami miejsc w których byli, zwijając delikatną, a jakże niekiedy mocną nić, oplątującą drzewa w parku, kamienne, wyniosłe mury zamkowe, zahaczając o szary most, zielone szumiące drzewa, przechodząc przez bielone wapnem płoty i uliczne latarnie, aż w końcu widział że nić leci prosto, prosto do jednego miejsca, w którym w końcu dostrzegł Ją, wpatrzoną w swojej samotni w przyszłość, niespokojna i zmęczona wszystkim co ją spotykało od lat. Czerń i otchłań pochłaniała ją, na zmianę z okresami szaleńczej ekstazy, w czasie to której nieustannie wzlatywała i upadała na samo dno. Ale stała. Stała mimo piekła w głowie, smutku w oczach i dziesiątek białych blizn. Stała na przekór światu, żywa, tęskniąca za stałością i bezpieczną przystanią. W poszukiwaniu jej znalazł Ją kiedy ta, ruszyła nad morze, chcąc odnaleźć sens w tym wszystkim, chcąc zamieszkać w samotnej latarni morskiej, górującej nad okolicą. Zamknąć się w niej i odciąć od świata.
W takim stanie zastał Ją, i mimo łączącej ich nici porozumienia, wciąż wyczuwał przepaść i odgrodzenie. Jednego dnia stali bliżej, bliziutko, drugiego dnia nadciągające fale oceanu rozdzielały ich na chwilę, a przypływ opływał Jej stopy, nogi, aż w końcu pływała na powierzchni wody, bez trudu, gdy On szamotał się próbując utrzymać na powierzchni i nie dać znać jak bardzo się boi. I następnego dnia znów stali, on w swoim miejscu, Ona odrobinkę dalej. I w końcu on podszedł i dotknął Jej, dotknął małego serduszka i duszy, a potem znów odszedł, rozwijając delikatnie metr sznurka. I tak każdego dnia, zwijał i rozwijał go. Aż Ona zaczęła czekać z utęsknieniem aż on zacznie zwijać kłębek każdego dnia, i czekała jego dotyku. Dla niepoznaki, każdego dnia zwijała sama delikatnie sznurek, milimetr po milimetrze, tak aby mógł krócej zwijać nić i być szybciej i dłużej przy Niej.
Mijały dni, a dystans między nimi z metra, zamienił się już w pół. A on nadal nie zauważył różnicy, tak delikatne to były zmiany. I tak jak w "Kamizelce", zarówno chory jak i wierna żona dbali o to aby jedno się nie martwiło i drugie. I on sam za każdym razem, tęsknie rozwijał swoją partię sznurka, lecz robił to za każdym razem krócej.
Stali w końcu obok siebie, oboje milczeli. Każde wpatrzone gdzieś daleko, w ocean, w przyszłość, w lecące po niebie mewy, fale rozbijające się o skały czy też wpatrzeni w daleki statek na horyzoncie, świecący swoimi białymi jak śnieg żaglami. Jedno myślało o drugim a zarazem nie myślało, kochało cicho i bezszelestnie. Jedno czekało na drugie aż zrobi pierwszy krok, bojąc się konsekwencji.
W końcu któregoś dnia dystans stał się tak nikły że jego palce trzymały centymetrowej długości kawałek nici, i stali tak niemal się obejmując.
Ich ręce mechanicznie splotły się, niczym zatrzask który został od początku dopasowany do drugiego elementu, ciała przywarły do siebie, a palce jego puściły nić, która złączyła się ostatecznie z kłębkiem wystającym teraz z Jej kieszeni. Gdy spletli się w objęciu, tym razem wpatrzeni w swoje oczy, a nie gdzieś w dal, wypadł z Jej kieszeni ten wielki kłębek, który zaczął się rozwijać, oplątując zarówno Jej jak i Jego bijące szybko serce, następnie łącząc ich splecione dłonie, drżące nogi, kochające ciała i w końcu owiane wiatrem twarze i usta, związane w niewinnym pocałunku.
Zamieszkali nieopodal, w małej chatce nad morzem, on został rybakiem, Ona została krawcową i poetką, żyli skromnie lecz mieli siebie i żadne z przeciwności losu ich już nie rozdzieliły. On z nici która ciągle ich łączyła plótł sieci do połowu, Ona - wplatała je niekiedy w szale, i suknie które szyła, i dodawała do tomików wierszy które ufnie wysyłała w świat, marząc o tym aż ktoś je wyda.
Nikt kto je czytał nie wiedział kim była Ona ani jej Mistrz.
Znali tylko Jej imię - Małgorzata.
piątek, 1 grudnia 2017
Szczur
Jestem szczurem
Wrzodem świata
Wyjadam ze śmietnika
Gnijące resztki i ochłapy
Wyrzucane przez innych
Głodem świeżości i piękna
Zatruje wasze jadło
Nasram wam w życie
I ropą napoję spragnione gardła
Wraz z każdą z waszych myśli
Jestem nikim, zbieram resztki
Po śmietnikach wspomnień
Błądzę bez celu po kanałach
Patrząc na wasze życie
Jestem szczurem
Z szarym mokrym futrem
O zapachu ścieków
Nawet gdybym był
Najmądrzejszym szczurem
Kochanym i delikatnym
To pozostanę zawsze nim
szczurem
Wrzodem świata
Wyjadam ze śmietnika
Gnijące resztki i ochłapy
Wyrzucane przez innych
Głodem świeżości i piękna
Zatruje wasze jadło
Nasram wam w życie
I ropą napoję spragnione gardła
Wraz z każdą z waszych myśli
Jestem nikim, zbieram resztki
Po śmietnikach wspomnień
Błądzę bez celu po kanałach
Patrząc na wasze życie
Jestem szczurem
Z szarym mokrym futrem
O zapachu ścieków
Nawet gdybym był
Najmądrzejszym szczurem
Kochanym i delikatnym
To pozostanę zawsze nim
szczurem
Procession
I'm an angel with cut-off wings
Marching in funeral procession
Through un-earthly plains
Filled with silent graves
Blind, deaf and mute
Rotting corpse-filled graves
Catch a scent of my tears
Feeding on all of my fears
In angelic procession
Procession of burned souls
We all lay waste on our dreams
We all fill our jugs with hate
The urns where our hearts
Will end up after we die
In the road of all of my circles
I will finally reach the bottom
Of my Hell
You were my guiding light
Through all of theese years
My Beatrice
Now I can finally rest
And find my peace
In burning Satans eyes
Crucified, and let to rot
At the bottom of my Hell
I will lay poison to all
That I ever loved
Marching in funeral procession
Through un-earthly plains
Filled with silent graves
Blind, deaf and mute
Rotting corpse-filled graves
Catch a scent of my tears
Feeding on all of my fears
In angelic procession
Procession of burned souls
We all lay waste on our dreams
We all fill our jugs with hate
The urns where our hearts
Will end up after we die
In the road of all of my circles
I will finally reach the bottom
Of my Hell
You were my guiding light
Through all of theese years
My Beatrice
Now I can finally rest
And find my peace
In burning Satans eyes
Crucified, and let to rot
At the bottom of my Hell
I will lay poison to all
That I ever loved
Subskrybuj:
Posty (Atom)
