Może Twoje piękno nie jest dla mnie?
Ideał jak Ty, zaklęty w Twoim delikatnym ciele
Może nie jestem godny tego by przy Tobie być
Mój dotyk zbyt gorący dla Ciebie
Parzy Twoją skórę, wypala Ci myśli
Rani ukazując bolesne, niezagojone rany
A ja tylko chce je zaleczyć
Dotknąć łzami zakończeń nerwów
Byś nie poczuła już bólu
Krwią, płaczem i cierpieniem
Zapłaciłaś za wszystko
Już nie jesteś dłużnikiem czasu
Dłużnikiem świata i ludzi
Targaną przez wiatr losu
Wymiętą na wietrze chustą
Nie jesteś już nikim i niczym
Bo jesteś dla mnie wszystkim
Choćby ze względu na to
Że żyjesz we mnie
Nigdy nie umarłaś, nigdy nie odeszłaś
Nie raz widziałem Cię w lustrze
Uśmiechającą się gdzieś w głębi
Ukryta w głębokościach mej piersi
Byłaś zawsze i będziesz
Czemu nie chcesz kochać mnie?
piątek, 29 grudnia 2017
Bezwładna
W ciemności i mroku pięknieje
Wsiąka powoli
I nie istnieje
Bezwładna
Niesie na plecach
Świata cierpienie
I razem z nocą
W mroku się śmieje
Szaleństwem opita
Zimna się staje
W niemocy zaklęta
Bezwładna
W ciemności i mroku pięknieje
Wsiąka powoli
I nie istnieje
Bezwładna
Niesie na plecach
Świata cierpienie
I razem z nocą
W mroku się śmieje
Szaleństwem opita
Zimna się staje
W niemocy zaklęta
Bezwładna
środa, 27 grudnia 2017
Mary ziemi
Na zimnych brązowych marach ziemi
Spoczęłaś z oczami zastygłymi w niebie
W białej sukni od zmrożonej rosy
Z zastygłymi łzami w oczach
Które nigdy nie spłynęły na ziemię
Sine usta rozjaśnia szkarłat krwi
Blada skóra, czerń delikatnych brwi
W niemocy zaciśnięte pięści
Stężony rozkład słów
Puste serce które nic nie pomieści
Płynący przestwór trupich snów
Znów przebudziła się martwa dziewczyna
W skardze i niemocy wśród traw i liści
Przewróciła swe martwe oczy
Ona już nie chce, twojej pomocy...
Spoczęłaś z oczami zastygłymi w niebie
W białej sukni od zmrożonej rosy
Z zastygłymi łzami w oczach
Które nigdy nie spłynęły na ziemię
Sine usta rozjaśnia szkarłat krwi
Blada skóra, czerń delikatnych brwi
W niemocy zaciśnięte pięści
Stężony rozkład słów
Puste serce które nic nie pomieści
Płynący przestwór trupich snów
Znów przebudziła się martwa dziewczyna
W skardze i niemocy wśród traw i liści
Przewróciła swe martwe oczy
Ona już nie chce, twojej pomocy...
wtorek, 26 grudnia 2017
.
Śpij dobrze, śpij dobrze Aniele.
Wiem że trudno
Przy całym w smutku ciele
Gdy czarna dziura pochłania
I pcha w odmęty beznadziei
Ja wierzę w Ciebie usilnie
Mając tyle nadziei
Nie martw się proszę
Oddaj mi smutki swoje
Ja je chętnie ponoszę
Ukoję do snu byś sama
W sen cichy i spokojny
Powoli zapadła
Noc niech nie będzie
Dziś największym wrogiem
Niech zapuka sen obcasem
Stuka w próg za rogiem
Przyciśnij zmęczone lico
Do miękkiej poduszki
Będę Cię gładził delikatnie
Palców mych duszki
Nie martw się proszę
Łez nie roń słonych
Słowo Cię rani
Ja słowem ukoję
Choć wiele nie mogę
Choć nie ma przy Tobie
To jak na ironię
Jestem.
Wiem że trudno
Przy całym w smutku ciele
Gdy czarna dziura pochłania
I pcha w odmęty beznadziei
Ja wierzę w Ciebie usilnie
Mając tyle nadziei
Nie martw się proszę
Oddaj mi smutki swoje
Ja je chętnie ponoszę
Ukoję do snu byś sama
W sen cichy i spokojny
Powoli zapadła
Noc niech nie będzie
Dziś największym wrogiem
Niech zapuka sen obcasem
Stuka w próg za rogiem
Przyciśnij zmęczone lico
Do miękkiej poduszki
Będę Cię gładził delikatnie
Palców mych duszki
Nie martw się proszę
Łez nie roń słonych
Słowo Cię rani
Ja słowem ukoję
Choć wiele nie mogę
Choć nie ma przy Tobie
To jak na ironię
Jestem.
sobota, 23 grudnia 2017
Biel kartki papieru
Podaruj mi pustą kartkę Kochana
Bym mógł na niej spisać naszą historię
Nakreślić tkliwe słowa i tuszem uczuć
Przelać na papier wszystkie wspomnienia
Układając w szyk historię miłą
O ptakach dwóch co wieczorną porą
Odlatują w świat marzeń na skrzydłach snu
Zataczają kręgi w podniebnym tańcu
Nie dotykając się ani razu po wzbiciu z ziemi
Krążąc w pięknej niemocy czułości
Podaruj mi radość Najmilsza
Intensywny zapach emocji i przeżyć
Scalający chaotyczne myśli w jedność
Kłębek poplątanych wspomnień
Zwinie się w jedną całość
Daj przeświadczenie że kartki tej
Nigdy nie zemniesz okrutnie
Nie rzucisz w złości na ziemię
Depcząc swoimi bosymi stopami
Atramentowe linie papilarne uczuć
Ukochaj te słowa płochy Słowiku
Ozdób je swoimi łzami i pocałunkami
Daj wyraz pełności uczuć i pragnień
Nie wstydź się marzeniem sennym
Nakreślić rzeczywistości świata materii
Bym mógł na niej spisać naszą historię
Nakreślić tkliwe słowa i tuszem uczuć
Przelać na papier wszystkie wspomnienia
Układając w szyk historię miłą
O ptakach dwóch co wieczorną porą
Odlatują w świat marzeń na skrzydłach snu
Zataczają kręgi w podniebnym tańcu
Nie dotykając się ani razu po wzbiciu z ziemi
Krążąc w pięknej niemocy czułości
Podaruj mi radość Najmilsza
Intensywny zapach emocji i przeżyć
Scalający chaotyczne myśli w jedność
Kłębek poplątanych wspomnień
Zwinie się w jedną całość
Daj przeświadczenie że kartki tej
Nigdy nie zemniesz okrutnie
Nie rzucisz w złości na ziemię
Depcząc swoimi bosymi stopami
Atramentowe linie papilarne uczuć
Ukochaj te słowa płochy Słowiku
Ozdób je swoimi łzami i pocałunkami
Daj wyraz pełności uczuć i pragnień
Nie wstydź się marzeniem sennym
Nakreślić rzeczywistości świata materii
piątek, 22 grudnia 2017
A niebo płacze razem ze mną
Zalewa świat tysiącami łez
Jedyne co robię jak zawsze
Marzę - by dzień pstrokaty
Jaskrawością bolesnych ran
Skończył się jak najszybciej
Widzą oczy ślepe że nie ma
Nadziei na normalność
Zatęchły oddech Czyśćca
Nie pozwala mi spać
Nie pozwala nabrać oddechu
Nie powoli istnieć i trwać
Nim nie odpokutuje sam fakt
Że w ogóle żyje
Zalewa świat tysiącami łez
Jedyne co robię jak zawsze
Marzę - by dzień pstrokaty
Jaskrawością bolesnych ran
Skończył się jak najszybciej
Widzą oczy ślepe że nie ma
Nadziei na normalność
Zatęchły oddech Czyśćca
Nie pozwala mi spać
Nie pozwala nabrać oddechu
Nie powoli istnieć i trwać
Nim nie odpokutuje sam fakt
Że w ogóle żyje
wtorek, 19 grudnia 2017
Leszy
Zew kniei woła mnie
Opuszczam stado ludzi
By zgłębić się w las
Podążając za głosem Leszego
Iść ścieżką wśród drzew
Stąpać po tropach zwierząt
Trafić na błotnisty ślad
Zwieńczony lisim pazurem
Wśród odgłosów lasu
Zmierzać wgłąb głuszy
Zmawiając modlitwę
Szelestem zielonych liści
Boso po trawie
Owiany oddechem
Pana Głębokiego Lasu
Idę w jego kierunku
Kwieciem przystrojona
Leśna polana
Zbliżam się do niego
I siadam na kolana
Proszę o opowieść
O każdym z dni lasu
Opadających liściach
Kwitnących kwiatach
I nie odszedłem
Nim nie poznałem
Imienia każdego z ptaków
Zabrało to wiele czasu
Nim zdążyłem się nauczyć
Ptaki umierały bezszelestnie
A ja znów musiałem uczyć się
Jak zapomnieć ich imiona
I gdy już myślałem że się udało
Okazywało się nagle
Że ptaki miały gniazda
Kolejne imiona do nauczenia
Więc nie odszedłem z lasu
Nim nie poznałem
Każdego ze słojów drzewa
I każdej żyłki listka
I one znikały z jesienią
A ja nie zdążywszy ich poznać
Cierpiałem samotnie na leśnej polanie
Trzymając w garści uschłe liście
Chciałem poznać imiona owadów
Nazywać każdą pszczołę po imieniu
I witać co dzień każdą z mrówek
Wychodzącą ze stosu igieł
Lecz owady wraz z jesienią
Zapadały w sen lub umierały
Kolejne ich rzesze się rodziły
I je zastępowały
Chciałem znać każdego lisa
Dziką kunę, dzika i jelenia
Lecz one nie raz odchodziły
Z tego magicznego lasu
Więc spytałem Leszego
Wrosły już w polanę
Czy mogę zapamiętać
Choć jedno imię
Schować je w sobie
Zapamiętać na zawsze
By nigdy nie zniknęło
Z mojej pamięci
Leszy pochylił się
Szyszką zadzwonił
Popatrzył w oczy
I wyrzekł
Leszy.
Opuszczam stado ludzi
By zgłębić się w las
Podążając za głosem Leszego
Iść ścieżką wśród drzew
Stąpać po tropach zwierząt
Trafić na błotnisty ślad
Zwieńczony lisim pazurem
Wśród odgłosów lasu
Zmierzać wgłąb głuszy
Zmawiając modlitwę
Szelestem zielonych liści
Boso po trawie
Owiany oddechem
Pana Głębokiego Lasu
Idę w jego kierunku
Kwieciem przystrojona
Leśna polana
Zbliżam się do niego
I siadam na kolana
Proszę o opowieść
O każdym z dni lasu
Opadających liściach
Kwitnących kwiatach
I nie odszedłem
Nim nie poznałem
Imienia każdego z ptaków
Zabrało to wiele czasu
Nim zdążyłem się nauczyć
Ptaki umierały bezszelestnie
A ja znów musiałem uczyć się
Jak zapomnieć ich imiona
I gdy już myślałem że się udało
Okazywało się nagle
Że ptaki miały gniazda
Kolejne imiona do nauczenia
Więc nie odszedłem z lasu
Nim nie poznałem
Każdego ze słojów drzewa
I każdej żyłki listka
I one znikały z jesienią
A ja nie zdążywszy ich poznać
Cierpiałem samotnie na leśnej polanie
Trzymając w garści uschłe liście
Chciałem poznać imiona owadów
Nazywać każdą pszczołę po imieniu
I witać co dzień każdą z mrówek
Wychodzącą ze stosu igieł
Lecz owady wraz z jesienią
Zapadały w sen lub umierały
Kolejne ich rzesze się rodziły
I je zastępowały
Chciałem znać każdego lisa
Dziką kunę, dzika i jelenia
Lecz one nie raz odchodziły
Z tego magicznego lasu
Więc spytałem Leszego
Wrosły już w polanę
Czy mogę zapamiętać
Choć jedno imię
Schować je w sobie
Zapamiętać na zawsze
By nigdy nie zniknęło
Z mojej pamięci
Leszy pochylił się
Szyszką zadzwonił
Popatrzył w oczy
I wyrzekł
Leszy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
